Wspominki z porcelaną w tle

Members: 590

W czasach, gdy wszystko jest na wyciągnięcie ręki, nie jest łatwo zaskoczyć kogokolwiek niespodziewanym podarunkiem. W zasadzie częściej zadziwia sam fakt przynoszenia podarku niż to, co go stanowi. Ludzie przełomu wieków gonią od rana do wieczora za czymś, co nie wiadomo, gdzie się skryło i czy w ogóle istnieje. Nie ma czasu na nic, a ci, którzy na coś czas jeszcze mają wydają się być nieco dziwni…

Może i dlatego święty Mikołaj coraz częściej przynosi ciepłe skarpety i tylko praktyczne podarki? W mieście ostatniego 6. grudnia niewielu widać było świętych-nieświętych. Co oni tam mieli w tych wielgachnych workach? Karmelki.
Jeden taki nie-święty, co to zawsze gdzieś przemykał, w tym roku jakby zapadł się pod ziemię. Szkoda. Tylko on miał taki stary podniszczony czerwony kubrak i brodę, która najprawdopodobniej była jednak prawdziwa. Fajny był ten Mikołaj. Kiedyś były z nim dwie pomocnice – śliczne dziewuszki – Śnieżynki – całe w bieli! Później widziałam go już tylko z jedną Śnieżynką. Też była ładna. Oj, dziwak był z tego człowieka, dziwak. Rozdawał dzieciom michałki…

Pomysł na udany podarunek to niełatwa sprawa! Jest to tak trudne, że coraz częściej z tego rezygnujemy, gdyż kolejne próby wymyślenia czegoś naprawdę oryginalnego po prostu spalają na panewce. Co ofiarować w prezencie komuś, kto jest ważny dla nas tak zwyczajnie? Wystarczy kubek.

Lubię kubki. Takie klasyczne i te trochę bardziej „modern”. Moja sympatia do tych naczyń ma swoje korzenie w dzieciństwie. Tamte czasy były dziwne, ale chyba nie bardziej niż nasze „tu i teraz”. W meblościance pochodzącej z epoki „wczesnego Gierka” stały czarne filiżanki. Żadna porcelana! Zresztą dzisiaj głowy bym nie dała, że to fajans. Były niezwykłe. Czarne. Mama ich nie lubiła. Stały gdzieś tam z tyłu i stanowiły oparcie dla zdjęć, które przedstawiały kolejne etapy mojego i siostry dojrzewania. Ramki na zdjęcia w domu pojawiły się trochę później - zresztą przez jakiś czas świetnie sprawdzały się w roli prezentów na różne okazje i dla każdego – niezależnie od wieku, zajęcia, którym się parał i życiowej filozofii. No i stały sobie te filiżanki za szybą, a razem z nimi wysoki dzbanek, okrągła – i niezwykle zgrabna – cukiernica i naczynko, które jako dziecko nie wiedziałam, do czego miało służyć. Dziś już wiem: to był dzbanuszek na mleko do kawy. Wtedy nie wiedziałam, chociaż moi rodzice owszem kawę uwielbiali pić – pod Pewexem wymieniali walutę i właśnie w tym ekskluzywnym przybytku kupowali kawę. W ziarnach. Jakiż był zapach, gdy ręcznym młynkiem przytwierdzonym do blatu kuchennego stołu, tatuś mełł kawę zakupioną w Pewexie… Z mlekiem kawy nie pili nigdy. Nie wiem, czy ktokolwiek wtedy odważyłby się zresztą sprofanować śmietanką ten czarny, drogocenny – kupowany wszak za dolary – napój.

Tak, mama nie lubiła tej zastawy, pełniącej funkcję wątpliwej urody dekoracji modnego wtenczas segmentu. A mnie zachwycała. Szczególnie od momentu, w którym odkryłam, że plastikowe zabawki ofiarowane przez któregoś tam Mikołaja – wtedy Mikołajowie byli trochę bardziej święci i mniej praktyczni niż dziś – mają taki sam kształt jak te mamine! Zabawa była przednia! Suma sumarum: z sześciu ostały się tylko cztery filiżanki, z czego jedna miała utrzaśnięte ucho, czyli faktycznie ucha nie miała! Moje lalki i ja nieźle bawiłyśmy się na tych przyjęciach. Raz byłyśmy księżniczkami, raz tancerkami, czasem królowymi. I piłyśmy kompot z gruszek. Czarne filiżanki świetnie się do tego nadawały. Były czarodziejskie.

Pamiętam kilka smaków sprzed lat. Smak gruszkowego kompotu jest jednym z nich, ale był jeszcze przynajmniej jeden. Nie! Dwa! Tak, po pierwsze smak liściastej herbaty pitej z pięknej białej filiżanki, której brzeg zdobiony był wzorem kwiatowym. Po drugie, smak ekspresowej herbaty pitej w towarzystwie mojego przyjaciela. Kiedy dotykało się brzegu tamtej białej filiżanki, pod palcami czuć było żłobienie. Pamiętam. I jeszcze lampę nad kuchennym stołem. I babcię Zosi – mojej koleżanki. Mówiła piękną polszczyzną. Ta siwa energiczna pani wychowała się na Kresach. Stąd ten uroczy akcent. W ogóle języki naszych wschodnich sąsiadów kryją w sobie niezwykłą kruchość, miękkość i przedziwną łagodność. Miło było pić w zimny dzień herbatę, nalewaną z imbryka pochodzącego z tej samej zastawy, za towarzystwo mieć Zośkę, słuchać George’a Michaela i tak po dziewczyńsku plotkować. Złotobrązowy mieniący się napar udawał wzburzone fale morskie, kiedy brałam dużą, białą filiżankę do ręki, by zaczerpnąć z niej najsmaczniejszej strawy, którą do dziś karmię swe wspomnienia. Nie wiem, czy to za sprawą herbaty pitej z pięknej filiżanki czy muzyki, czy może i jednego, i drugiego, ale wspomnienie to z pieczołowitością przechowuję w swej pamięci i wciąż jeszcze chcę czuć smak tamtej liściastej herbaty. Babcia Zosi do herbaty podawała ciasto. A na stole pod każdą z filiżanek, no i pod paterą z ciastem, ułożone były kremowe serwetki – pod talerzykami od filiżanek mniejsze, a na środku stołu duża. Magia.

Kilka razy zdarzyło się i mnie zrobić komuś prezent. Czasami były to kubeczki na herbatę, a kiedyś - filiżanki z przedziwnego kształtu talerzykami, przypominającymi białą, czystą, acz filuternie wywiniętą kartkę papieru. Tabula rasa. Chodziłam po sklepie, szukając czegoś, co byłoby miłym upominkiem i znalazłam. Czarne (ha!) pudełeczko. Komplet dwóch filiżanek. Eleganckich. Nowoczesnych. Zapomniałam potem o tych filiżankach. Zresztą, dlaczego miałabym o nich pamiętać? W jakiś czas później – przy okazji kolejnych, chyba setnych albo dwusetnych odwiedzin - została mi w jednej z nich podana herbata. Skąd ja znam ten kształt? Wdzięcznie wygięte talerzyki, malutkie uszka. I herbata. (Co prawda zaproponowano mi kawę, smak której jest dla mnie niezwykle atrakcyjny, ale niestety mój przyjaciel podaje jako kawę coś, co kawą w istocie nie jest – „3 w 1”, więc wybór naparu nie podlegał jakimkolwiek dyskusjom.) Czas mijał szybko, rozmowa prawie nie cichła – niech tak będzie już zawsze… - a my przy pierwszej, drugiej i trzeciej filiżance gawędziliśmy o sprawach „różnych i podłużnych”. Dziś już nie wiem, czy pierwsza czy ostatnia filiżanka tamtej wspólnie pitej herbaty była najsmaczniejsza... Herbatę nadal lubimy oboje. Ja - szczególnie z kawałkiem cynamonowej kory. Cudnie jest tak na chwilę oderwać myśli i marzeniem poszybować gdzieś hen wysoko…

Wśród wszystkich znanych mi, czy może lepiej: próbowanych przeze mnie, herbat jest jedna, która smakuje najdoskonalej. To angielska marka. Można ją bez większego wysiłku zakupić w każdym dużym sklepie. Producenci wymyślają różne triki, żeby zachęcić do zakupu tej i nie tylko tej herbaty. Tym sposobem mam już dwie łyżeczki i dwa kubki, które dołączone były jako gratisy do opakowań herbatki. No cóż, kiedyś już miałam inne kubeczki z pięknym logo marki „mej ulubionej”, ale uległy zniszczeniu. Byle jakie wykonanie i tyle. Szkoda. Ładnie prezentowały się te kubki wraz z talerzem pełnym ślicznych i smakowitych kanapeczek z pyszną szyneczką ułożoną na zieloniutkiej sałacie masłowej. Mimo że wykonane nie z porcelany.

Trudno dziś zaskoczyć prezentem. Cóż można dać komuś, kto być może ma wszystko, wszędzie już był, a na jego półce znajdują się wszystkie nowości wydawnicze? Jak całkiem niedawno powiedział pewien bardzo mądry człowiek – jest on mądry obiektywnie rzecz ujmując, chociaż kiedy się mu o tym mówi (więcej mu już tego nie powiem!) wzdryga się i zaprzecza ze wszystkich sił – najfajniejsze prezenty to rzeczy, które nas rozpieszczają i są absolutnie niepraktyczne. Czy filiżanka czy kubek są przydatne czy nieprzydatne? Zależy. W pewnej prywatnej kolekcji filiżanek (to nie jest żart!) są tak małe naczynka, że na pewno w polskich realiach praktycznymi nazwać ich się po prostu nie da. Są za to na pewno piękne! I bardzo różne. Tak. W zasadzie każda jest inna. A kiedy przychodzą goście, dostają w nich herbatę lub kawę. To zresztą jest dobry sposób na zagajenie rozmowy. Zebrani zaczynają oglądać najpierw swój kubeczek, potem inne i tak spotkanie się rozkręca. Bo tak naprawdę to jest najważniejsze: żeby było miło i ciepło, i serdecznie. Nawet jeśli każdy ma filiżankę „z innej parafii”.

W ostatnich miesiącach zdarzyło mi się pić herbatę z przepięknej i najprawdziwszej porcelany. W ogóle cała zastawa była śliczna. Zadziwiająco przyjaźnie komponowała się z na wskroś nowoczesnym wnętrzem, stojąc na stoliku, który najpewniej pochodzi z najnowszej kolekcji współczesnego dizajnu. Naprzeciw stolika w kominku buchał wesoło ogień. Na talerzyku do ciasta namalowana została ręką jakiegoś starego mistrza gejsza w pięknym kimonie z wysoko upiętymi włosami, a wyżej typowo japoński dom, wybudowany nad tajemniczą rzeką, a z boku chłopiec z rozwichrzoną grzywką, a nad nim przelatujące żurawie. Były na tym talerzu i inne jeszcze zdobienia, niestety nie pamiętam ich dokładnie. Zastawa wykonana została z delikatnej, przeźroczystej porcelany, lekkiej jak piórko. Oj, dawno nie piłam takiej herbaty. Postacie na rysunku zdawały się żyć własnym życiem, jakby specjalnie zastygły w bezruchu, żeby tylko nikt nie odkrył ich tajemnicy…

Kubeczki, filiżanki, talerzyki, imbryki, dzbanki na kawę, dzbanuszki na śmietankę, wykrochmalone serwety, buchający w kominku ogień, spory dość taras z drewnianym stołem i ławką, i jeszcze obok kompan do pogawędki – to elementy, którymi efektownie dekorować możemy swój świat. No, może przydałby się jeszcze hamak rozciągnięty gdzieś między drzewami…

Copyright © M. Cesarz, Częstochowa, PL - 10 lutego 2013r.

0
Your rating: None
4
Average: 4 (2 votes)
Category: